Realizacja kolejnego marzenia - lot nad zagadkowymi rysunkami na płaskowyżu Nazca, widocznymi jedynie z powietrza. Ich wiek określa się na ok. 2000 lat. Wielkość niektórych figur przekracza 300 m. Wśród nich jest m.in. kondor, koliber, pająk, małpa, pies, wieloryb, astronauta, trójkąty.
Do tej pory nie jest znany cel stworzenia tego typu dzieła.
Odkrywca Paul Kosok nazwał rysunki największą astronomiczną księgą świata. Jego asystentka Maria Reiche naniosła je na mapę i do końca swojego życia walczyła o ich ochronę.
Po publikacji popularnej w latach 70-tych książki Ericha von Daniken'a, której autor przypisywał im kosmiczne znaczenie, stało się to konieczne z uwagi na niekontrolowany najazd zmotoryzowanych turystów, bezwiednie niszczących zabytkowe stanowiska.
Przed naszym lotem siedzimy w poczekalni oglądając film poświęcony pracy archeologów regionu Nazca.
Potem przechodzimy na płytę lotniska i startujemy małą Cesną.
Pilot zręcznie manewruje pokazując rysunki na ziemi, tak by pasażerowie z lewej i z prawej strony mogli wszystko zobaczyć.
Dla osób, które nie miały kontaktu z lataniem sportowym są to trudne chwile - walka pomiędzy ciekawością a słabością własnego organizmu na przeciążenia spowodowane bardzo głębokimi zakrętami i termicznymi zmianami wysokości.
Dla mnie i dla Jurka to sama przyjemność - czujemy się tak, jakbyśmy znowu mieli po 20 lat.
Robimy ok. 200 zdjęć, z których do albumu wybierzemy nie więcej niż 10. Oby chociaż tyle wyszło!
Potem powrót do hotelu taksówką. Jedziemy 5-osobową taksówką w 7 dorosłych osób (cztery z tyłu, dwie plus kierowca z przodu). Przed wjazdem na asfaltową ulicę nasz kierowca zapina pas bezpieczeństwa. Widząc moje poszukiwania pasów (siedzę z Jurkiem z przodu) kierowca wyjaśnia, że przepis dotyczy jedynie prowadzącego pojazd... Ciekawe...
Wolne popołudnie zagospodarujemy krótką chwilą na basenie, a potem kolejne zwiedzanie stanowisk archeologicznych w obrębie Nazca.
Próbujemy też pierwszy raz mate de coca - herbatę z liści koki, którą według wskazówek tutejszej obsługi hotelowej, mamy obowiązkowo pić przebywając na dużych wysokościach.
Jak potem odkrywamy w każdym hotelu obok termosów z wrzątkiem wystawione są do ciągłego użytku liście koki. Rdzenni mieszkańcy piją napar i żują liście codziennie. Jest to ich sposób na walkę z objawami choroby wysokościowej.
Liście koki parzy się 5 minut, a napar smakiem przypomina coś pomiędzy herbatą zieloną i rumiankiem. Żadnych efektów wypicia „herbatki" nie zauważamy.
Nocą wyjeżdżamy do Arequipy.
Autobusy dobrych linii posiadają całkiem przyzwoite siedzenia. Niektóre umożliwiają nawet leżenie podczas podróży - to oczywiście za odpowiednią cenę. Pozostałe miejsca są także wygodne. Siedzimy zatem w pozycji półleżącej z podniesionymi lekko nogami. Udaje się odpocząć.
Słuchając przestróg spotkanych turystów trzymamy podręczny bagaż przy sobie - umieszczony na półce może zniknąć, kiedy zaśniemy (najgorsze, że ze wszystkim na czym nam zależy). Reszta bagażu - oznaczona przez przewoźnika jak w samolocie i przewożona w odpowiednich lukach - jest bezpieczna.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz